07.04.2009

Ghost Town. 31.05.2008. Gródek aka Kłomino


Nasza nowa świecka tradycja weekendowych (i nie tylko) wypraw w nieznane została zapoczątkowana wyprawą do Kłomina (znanego także pod radziecką nazwą Gródek). Wyruszywszy z Łodzi o 7.00 rano, już ok. 11.00 mogliśmy podziwiać "oryginalną" architekturę socjalistycznego blokowiska przemieszanego z postniemieckimi zabudowaniami. Większość domów stała dla nas otworem. Dosłownie.


Opuszczone blokowisko postsowieckie w środku lasu. Pamiętam czasy, gdy chodziło się po lasach i nagle przed oczami wyrastał szlaban i tablica informacyjna z napisem "Nu-nu. Restricted zona". A teraz można tam wpaść i... powiedzieć "O rany boskie, tu byli Ruskie". Do 1992 miasto podlegało ich administracji jako baza Armii Radzieckiej. Było to miejsce na tyle dobrze utajone, że o jego istnieniu (i pobliskiego Bornego Sulinowa) ludzie przekonali się dopiero po opuszczeniu osiedla przez żołnierzy.


Nie jest to jednak wyłącznie dzieło Rosjan. Wcześniej funkcjonowało jako stalag i oflag i było w rękach niemieckich. Zmiana warty nastąpiła, podobnie jak w wielu miejscach Polski i Europy, w 1945.  Wtedy też wyburzono wiele poniemieckich, ceglanych budynków (surowiec pojechał m.in. na plac budowy Pałacu Kultury), a w ich miejsce postawiono bloki z jakże szlachetnej wielkiej płyty...


Bloki, nad którymi władzę po okresie niemieckim i radzieckim przejął las, robią niesamowite wrażenie - tym bardziej że są to bardzo typowe "Leningrady", jakie można zobaczyć w prawie każdym większym polskim mieście. Tutaj, pozbawione okien, balustrad balkonowych, utopione w dziko rosnącej roślinności, wyglądają jak plan postapokaliptycznego filmu.



Wewnątrz budynków spustoszenie jest jeszcze bardziej spektakularne; brakuje dosłownie wszystkiego... poza gołymi ścianami. Nie ma poręczy na klatkach schodowych, kabli, instalacji, rur, nie ma nawet framug - wszystko zostało rozszabrowane. Gdzieniegdzie nie ma nawet... stropów, a w jednym z budynków klatki schodowe pozbawione były schodów. Natomiast na pewno nie można zarzucić administracji, że na osiedlu brakuje zieleni :). Zieleń jest raczej wszechogarniająca...



Na szczęście kiedy już znudziło nas zwiedzanie miasta, w którym nic nie ma, mogliśmy odpocząć w kinie, na filmie o Pu... Leninie :). Frontową ścianę kina zdobił piękny fresk przedstawiający żołnierzy radzieckich w konfrontacji z matuszką Rassiją. Obecnie kino wyposażono w bardzo nowoczesny system klimatyzacji, a  miejsca można zająć jedynie leżące, bo jedyne co można w nim obejrzeć, to... niebo :).



Kino ujawniło nam także jedną z tajemnic życia... kiedyś tapety kleiło się na gazetach... Dzięki temu nie tylko ściany miały większą trwałość, ale do naszych czasów dotrwały pamiątki w postaci bezstronnej, socjalistycznej prasy z lat 80. 


Naszą faworytką została jednak bezapelacyjnie szkoła. Przestronne i przewiewne sale, możliwość wyjątkowo szybkiego przemieszczania się między kondygnacjami - z tym, że wyłącznie w dół... :) Zaś z poddasza rozpościerał się wyjątkowy, panoramiczny widok na okolicę.



Żarty żartami, ale Gródek wywarł na nas niesamowite wrażenie. A że nie zdążyliśmy zobaczyć wszystkich atrakcji za pierwszym razem, po 2 miesiącach zawitaliśmy tam ponownie... ale o tym już kiedy indziej.



Czy obecnie jest tam jeszcze cokolwiek do oglądania? Nie sądzę... Rozbiórka miasta postępuje w zastraszającym tempie i niedługo po polskim mieście-widmie zostanie tylko wspomnienie... wielka szkoda.


Ale za to naszych tripów... cdn. :)


Pokaż mad about journey spots na większej mapie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...