Rumunia 9.09.2013. Monastyr Cozia

Dnia drugiego naszej rumuńskiej przygody wyruszyliśmy malowniczą trasą wzdłuż rzeki Olt (po polsku Aluta), żegnając chwilowo Transylwanię i przenosząc się na Wołoszczyznę. Wąwozem przecinającym Karpaty, przez niesławną wioskę Lazaret dotarliśmy do krainy starożytnych Daków, których Rumuni chętnie wskazują jako swoich protoplastów.



Wołoszczyzna jest zdecydowanie bardziej bałkańska, niż Transylwania, w której widać raczej wpływy sasko-węgierskie. Za pasmami gór nagle zmienia się klimat, style w budownictwie, krajobraz staje się południowy, a wśród świątyń dominują cerkwie.



Jednym z najwybitniejszych osiągnięć wołoskiej architektury średniowiecznej jest położony w przełomie rzeki Olt prawosławny monastyr Cozia. Zbudowany w latach 1386-88, ufundowany przez wołoskiego hospodara Mirczę Starego klasztor pełnił przez wieki nie tylko funkcję sakralną, ale także obronną - świadczą o tym bardzo dobrze potężne mury, broniące budowli od strony rzeki.



Centralne miejsce monastyru zajmuje pasiasta cerkiew. Jej ściany zbudowano z naprzemiennych warstw cegieł i kamieni, a wnętrze zdobią liczne freski. Do środka świątyni wchodzi się przez bałkańsko arkadowy przedsionek.



Obok cerkwi, w studni ze świętą wodą, można przekonać się, dlaczego Rumunia zdecydowała się wprowadzić do obiegu plastikowe banknoty. U nas w fontannach i brodzikach widuje się wrzucane "na szczęście" monety; w Rumunii pieniądze pływają po powierzchni wody. Widać papierowe nie sprawdzały się w roli ambasadora szczęśliwości ;).



Jeśli ktoś lubi pomagać swojemu szczęściu na różne sposoby, poza utopieniem pieniędzy w studni można wspomóc się także żywiołem ognia. Za kilka lei w cerkwi kupujemy świeczkę, a następnie zapalamy ją w pobliskiej kapliczce z określoną intencją. Nawet jeśli nie mamy takiego zamiaru, do kapliczki warto zajrzeć, bo setki świec płonące w ciemnym pomieszczeniu, na ognioodpornej, wodnej powierzchni, sprawiają niezapomniane wrażenie.



Z bardziej przyziemnych rzeczy szokiem dla niektórych może okazać się klasztorna toaleta typu dziura w podłodze. Zwiedzając Rumunię, w ogóle należy mieć na uwadze, że nigdy nie wiadomo, co czeka nas za drzwiami WC - a bardziej ogólnie, za każdymi drzwiami ;). Jednak nie należy demonizować - większość niespodzianek okazuje się przemiła.



Pokaż mad about journey spots na większej mapie

4 komentarze:

  1. Interesujące miejsce, chętnie poznaję wszelkie kościoły i klasztory, więc do monastyru chętnie bym poszła pooglądać. Nie wiedziałam o plastikowych banknotach, bardzo pomysłowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rumuńskie kościoły są wyjątkowo ciekawe; a właściwie mam na myśli cerkwie. Niby we wschodniej Polsce widuje się podobne, ale rumuńskie są bardziej pełne życia, bo tam w wielu rejonach dominuje prawosławie.

      Usuń
    2. Niestety te nasze najciekawsze cerkwie, są już dziś głównie "atrakcjami turystycznymi" - po wojnie wygnano wyznawców a puste (od ducha) mury już nie robią tego wrażenia.

      Usuń
    3. Makroman - dokładnie to miałam na myśli... czym jest świątynia bez wyznawców? Jedynie formą, ale bez treści.

      Usuń