24.08.2014

Przasnysz 31.05.2014. Spadówa!

Dziś, drodzy Państwo, wpis bardzo specjalny. Jego autorem jest Krisk8. Oddaję głos ;)

A więc stało się, spadłem, i to nie sam, tylko z Darkiem, Zavą, Arkiem i Królikiem. Właściwie to spadliśmy dość nagle.
Moje marzenia o skoku spadochronowym były gdzieś z tyłu głowy, ale nie spodziewałem się tak nagłej materializacji. Myślałem, że gdzieś, kiedyś w życiu, jak trafi się okazja. A tu masz - trafiła się i to zupełnie niespodziewanie. Właściwie wszyscy, którzy zdecydowali się na skok, zrobili to trochę z rozpędu i chęci wrażeń, a nie z rozsądku, bo jak tu skakać z 4 km z rozsądku - chyba, że samolot spada i to jedyne wyjście.
Wrażenia niezapomniane i nieodparta chęć powtórki.
Po wyznaczeniu czasu skoku czas na przebieranki. Wyglądamy jak rajdowcy.



Krótki instruktaż, z którego pamięta się wszystko po wylądowaniu, i marsz do samolotu, strzałka drogę wskaże.
Strzałka to informacja dla lądujących. Wskazuje, skąd wieje wiatr, a nie kierunek wiatru, czyli w którym kierunku należy lądować. Tak przynajmniej na zdrowy rozsądek powinno być.



Miejsca tuż przy wyjściu, więc „zawsze można wyskoczyć na kawę”, której nie piję - więc pozostaje tylko „zawsze można wyskoczyć”.
Drzwi do nieba, jakie zainstalowano w tym malutkim samolocie, to materiałowa roleta z listwami usztywniającymi, trochę tak jak w żaglu. Na zdjęciu roleta, jak to roleta, jest zrolowana i zabezpieczona paskami, więc się nie majda.



„Drzwi” zamknięte.
Startujemy!
Snopek siana usytuowany przy pasie startowym służy amortyzacji upadku na wypadek wszelki - prawda, że miło?



Wznosimy się 15-20 minut na wysokość 4 km. Siedzimy na wykładzinie, na podłodze samolotu. Czuć maszynę. Pogoda jak na razie dobra. Chcę mieć wszystko, czyste niebo i przelot przez chmury.
Słońce zaczyna podgrzewać Ziemię i trafiamy na kilka prądów wznoszących, idzie na plus. Są też chmury. W 10 minucie klops. Słup zimnego powietrza i walka pilota o jak najmniejsze utraty wysokości, przeciążenia świetne, przeżycia jak w szybowcu podczas szukania korytarzy. Śmigło mieli bezskutecznie lodowate powietrze. Mamy za małą prędkość, aby przeciwstawić się parciu w dół masy powietrza. Pilot musiał odłożyć telefon z Facebookiem i złapać oburącz za wolant. Dźwięk jest inny, zimny. Słychać po obciążeniu silnika, że ciągnie, bo zimne powietrze niesie ze sobą więcej tlenu i spalanie jest bardziej wydajne. Przez jakiś czas tracimy wysokość. Wpadamy w chmurę, dostajemy wilgoci. Silnik to uwielbia. Dużo tlenu i wilgoć - spalanie idealne. Skuteczność silnika wzrasta i dostajemy mocy. Udaje się odzyskać wzlot i ustabilizować sytuację. Emocje były fantastyczne. Czuć było każdą śrubkę - wypas.
Zava siedzi tuż obok. Jest tak głośno, że trzeba do siebie krzyczeć - a co dopiero do innych :) Więc drę się do Zavy „Przybij pionę” i wystawiam rękę. Udało się. Miny mówią same za siebie - zaraz coś się wydarzy, a my jesteśmy już miękcy :)


Wysokościomierz na ręku wskazuje już prawie pułap do skoku.
Dociskam gogle (pisanie tego słowa przez jedno „o” jest ze względu na odruch trudne), aby powietrze podczas spadania nie dostawało się do oczu - chcę coś widzieć a nie płakać jak baba.



Skaczemy z żółtej Cessny 206, której kolor ponad chmurami na tle niebieskiego nieba wyglądał obłędnie.
Jeszcze tylko wyglądam przez okno (Ktoś mnie wołał? Eee, nikogo nie ma, wydawało mi się, brak tlenu na tej wysokości i wrażenia robią swoje), sprawdzam pogodę - jest wszystko czego chciałem - jestem wniebowzięty. Adrenalina weszła :)



Po tajnym komunikacie od tandem-pilota „siała baba mak”, który brzmi na tyle abstrakcyjnie przy całym tym zajściu, że zanim mózg zdoła skojarzyć fakt, że to umówiony sygnał do skoku dzieje się to:



Spadek swobodny jest bardzo przyjemny, a ziemia jest tak daleko, że nie ma czego się obawiać. Uderzyć też nie ma w co, więc trochę jak w głębokiej wodzie, z tą różnicą, że prędkość dochodzi do 200 km/h, a jej kierunek - w dół!
Strzał adrenaliny jest tak wielki, że muszę walczyć z mózgiem o to, aby nie zamykał kanału służącego zapamiętywaniu doznań i jak największej ilości szczegółów.
Jedyny mój punkt odniesienia to samolot, który oddalił się tak szybko, jakby „spadał do góry”, chmury były jeszcze tak daleko, że wydawały się nieruchome, dodatkowo zlewały graficznie się z teksturą Ziemi i dopiero po jakimś czasie stały się dodatkową warstwą powyżej gruntu. Zastanawiam się, w jakich warunkach powstał egocentryzm, bo te były wręcz rewelacyjne. To nie ja spadałem, ja leżałem w powietrzu, to był mój punkt odniesienia, moje „ja” :) Heh, ciekawe, jak jest w kosmosie (może kiedyś).
 Powietrze i lot na plecach, istne spa w przestworzach. Nic się nie liczy. Nawet grawitację (z punktu widzenia „ego”) odczuwa się jako silnie wiejący wiatr, ale jestem ubrany - więc jest ciepło.



Trochę speedingu przez chmury i ładne miny do kamery, które można uzyskać wystawiając głowę za okno, gdy jedzie się autem dwie paki.
Dzieje się tyle i w tak niesamowicie krótkim czasie, że ciężko zawładnąć nad emocjami.



Te „dodatkowe ręce” to kamerzysta i dodatkowe obciążenie do prędkości maksymalnej spadania.
Chmury są nagle 3D – i to jak. Zimna para wodna osadza się na twarzy i zaczyna strugami ciec po okularach. W nosie inhalacja.
Altimeter (wysokościomierz) wskazuje, że to już prawie połowa zabawy.
Na wysokości 2 km rozłączamy się z kamerzystą, a z chmur wyłania się widok na okolicę.
Przelot przez chmury daje prawdziwy obraz prędkości. W końcu jest jakiś punkt odniesienia.



Jeszcze 500 metrów - mija w mig :) do trzech się nie policzy.
Tandem-pilot otwiera paralotnię na wysokości 1,5 km (zapomniałem dodać, że skok odbywał się w tandemie, ale to wynika ze zdjęć, a ja to ten bliżej Ziemi)
Hamowanie idealne - jak w mur. Z 200 do prawie 0 w czasie ~ 5 sekund od pociągnięcia za uchwyt otwierający cały ten interes. Tak mi się wydawało. Nie sprawdzałem - leń.


Widok na okolicę.
Wyszedłem z „ego” - teraz ja się poruszam względem Świata :) heh ten Kopernik.
Już można zdjąć gogle, prędkość zmalała na tyle, że można rozmawiać.
 Mam możliwość sterowania paralotnią i latam nad okolicą. Jest to dla mnie świetne doświadczenie, bo od dziecka latam różnymi sterowanymi latawcami (projektowanymi przez mojego sąsiada, zapalonego modelarza) a tu proszę - mam miejsca w pierwszym rzędzie, a nie gdzieś tam na ziemi.
Nie obyło się bez semaforów :) Nie, to nie pociągi z powrotu do przyszłości dr. Emetta Browna. To taki manewr. Teraz jestem mądry bo przeczytałem. Czyli spirala.
Superkaruzela, ale ja za długo na karuzeli nie mogę (więc jeszcze raz) a poza tym bardzo wytraca się wysokość (więc jeszcze 3 razy :) )


Spadek swobodny (tylko z otwartym pilotem paralotni) trwa około minuty, ale to za krótko, aby nacieszyć się uczuciem, pobawić aerodynamiką i zaobserwować obiektywnie całe zajście. Zapewne przy kolejnych skokach adaptacja wrasta i można się prawdziwie cieszyć. Pierwszy skok to tylko przedsmak, ale zapamiętam go do końca życia.
Lądowanie na dupsku wślizgiem, więc miękko jak na podusi i ciśnienie schodzi :)



Tak to wygląda... no dobra - jeszcze raz!



Pokaż mad about journey spots na większej mapie

10 komentarzy:

  1. Ło dżizas, jak to mówią! W życiu bym nie 'spadła', więc szacunek, podziw i w ogóle szok! hahah :)))))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też siebie nie widzę na tym miejscu... Dla chłopaków szacun i z mojej strony :)

      Usuń
  2. Kto z kim przystaje ...... lekko mu pióro pracuje. Gratulacje wielkie!!! To mój pierwszy skok ze spadochronem w życiu, poprzez czytanie :)))

    yvanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W opisywaniu ruchu Kris nie ma sobie równych. W końcu to urodzony mechanik ;)

      Usuń
  3. Fajna przygoda, ale w sercu żal że nie samemu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak. Ale samemu to trzeba by im uciec :) Inaczej kursy, kursy i chyba dziesiąty skok już samemu.

      Usuń
  4. agula tzn mikola :)25 sierpnia 2014 13:40

    Niestety nie mogę opisać wrażeń jak to jest przeżyć taki skok. Jedyne co mogę, to opisać to, co czułam czekając na Darka i chłopaków. Od momentu, gdy samolot wystartował, do momentu wylądowania, mijała cała wieczność. Czekałam, czekałam i doczekać się nie mogłam. Jak tam jest, jak oni się czują i co czują? W głowie burza myśli, strach, radość, podziw i ... zazdrość. Zazdrość oczywiście odwagi. Bo choć ja też bardzo chcę skoczyć, to strach jest niestety władcą mojego umysłu. Ale do rzeczy ... Wytężałam wzrok patrząc w niebo ... i go nie ma, i nie ma, i tylko chmurki. Rety, kiedy go zobaczę:) i gdy nagle wyłonił się z chmur mały punkcik i ''drze'' się z radości i krzyczy do mnie ... nastąpiła niesamowita euforia :) Huraaa... Po wylądowaniu ''szał pał'' :)) Niesamowite emocje :) Ciężko to opisać :) Skoczyło ich pięciu więc wieczornych rozmów nie było końca ;p
    Jestem z Ciebie dumna kochanie i z Was chłopaki :) szacun i podziw dla Was :)
    Dziewczęta? ... hmm? .. nie, chyba jeszcze nie teraz :)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mikola, właśnie mi uświadomiłaś, jaki błąd popełniłam nie pytając o wrażenia wasze-nasze, czyli tych, co zostały na ziemi :) Dziękuję za podzielenie się. Dziewczęta na razie ogarnęły tyrolki, bądźmy dumne z siebie - a w przyszłości kto wie, jakim wyzwaniom damy jeszcze radę ;)

      Usuń
  5. Każdy skok ze spadochronem jest przygodą. Bo każdy jest inny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, nawet te nasze 5 przykładów nas o tym przekonało :)

      Usuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...