14.09.2014

Hellada 28.07.2014. Delfy antyczne



No i tak to się zaczęło....
Heh, oczywiście że nie, zaczęło się dużo wcześniej, ale o tym nie będę się rozpisywać, bo życia nie wystarczy. W każdym razie w pełnej ekstazie dotarliśmy w końcu do Delf.


Nasza pilotka na wstępie zastrzegła: "Tylko nie mówcie państwo, że zwiedzacie ruiny, bo to rani me serce". Nasze serca też krwawiły, gdy ta pani nazywała się pilotką. Dlatego na ruiny nie mówiliśmy ruiny, tylko po staropolsku: kamieni kupa. 




W żartach oczywiście, ale żeby to wiedzieć, trzeba nas troszku znać. Bo my kochamy gruzy, śmieci i kamieni kupy, a Delfy to kupa starożytna i w dodatku magiczna. Tu wyrocznia przepowiadała Grekom przyszłość, całkiem jak dzisiejsze horoskopy... "Jeśli nie będzie źle, to będzie dobrze". 


Mogłabym być taką Pytią. Nieraz trafniej przepowiadam niż ona. Oczywiście - nie korzystam z oparów, i heksametrem nie mawiam. Poetka ze mnie żadna. Wyrocznia średnia. Idealny moment, by zapytać, co dalej? Wyrocznio? Czy żyjemy w matriksie? Po co ja w nim? Who cares? Who knows? 


To jak, Pytio? Powiedziała mi nic, ale to, co poczułam w Delfach, ta siła, ta pewność... to nie byłam ja, jeszcze nie teraz. To nie była autosugestia. Umiem już odróżniać autosugestie od podszeptów ego i od tego, co czuję naprawdę. Delfy to miejsce, w którym jest magia. Prawdziwa.



I w dodatku to już jest Grecja prawdziwa. Rdzenna, pierwotna. To słońce, ten wiatr, powietrze, cykady, zapach - nie wiem, jak je opisać słowami. Musiałabym po grecku, a w tym języku umiem tylko Yasas! Kalispera! Parakalo, kotopulo, musaka, ouzo. I parę innych, ale wciąż za mało. A nie, przecież wszyscy mówimy po grecku, tylko o tym nie wiemy. Na każdym sympozjum cyników. Popijając retsinę. 


A byliśmy też w muzeum, ale jedyne, co mnie tam urzekło, to klimatyzacja. Nie, żeby było nieciekawe, czy coś, ja po prostu nie lubię muzeów. Są dla mnie jak trupiarnie. Ale to tylko moja opinia, generalnie to pewnie warto je zwiedzić. Oryginały tam mieszkają i tak dalej. No. Dobra, eksponaty, kustosze, a mogę już wyjść na zewnątrz? Cudownie. 



Ale żeby nie było, że cała nasza paczka to tacy profani jak ja, zamieszczam kilka zdjęć :) To woźnica,



Byk... No już? Mogę na dwór?


I sfinks. See ya!


Pokaż mad about journey spots na większej mapie

8 komentarzy:

  1. Ja uwielbiam ruiny (czy tez kamieni kupy;).. Zeszłego roku w Turcji to zobaczyliśmy tyle ruin, że czułam się jak z czasów antycznych ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie narzekam na niedosyt po tym wyjeździe ;) W dodatku te kamieni kupy są zwykle usytuowane tak malowniczo, że ekstaza jest kompletna :)

      Usuń
  2. Zawsze chciałam pojechać do Delf i moje marzenie się spełniło, też lubię oglądać takie kupy kamieni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego z uporem maniaka powtarzam, że marzenia się spełniają ;) A Delfy są absolutnym must-see, ze wszystkich "ruin" to one i jeszcze jedne (o których wkrótce) wywarły na mnie największe wrażenie.

      Usuń
  3. Może to i "kupa kamieni", ale jakże magiczna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magiczna, mistyczna... a i kamienie nie byle jakie ;)

      Usuń
  4. Też lubię ruiny - w takich miejscach moja wyobraźnia uświadamia mi jaką ma moc :). A po grecku umiem jeszcze kalimera i kalinichta ( nie wiem czy tak się pisze ).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, te słówka też gdzieś słyszałam :) Hm, w zasadzie to pisze się je zupełnie inaczej, o tak mniej więcej: Καλημέρα, Καληνύχτα ;) A na wyobraźnię takie antyczne miejsca faktycznie działają z wielką siłą...

      Usuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...