10.06.2016

Śląska Odyseja. 21.02.2016. Szychta

Ja jestem gwiazdą, gwiazdą, ludzi fantazją...


Szychta!
Dzyń dzyń dzyń...
I dobranoc na siedem i pół godziny, plus minus.



No nie, my nie byliśmy tam aż tak długo. Zaledwie trzy. I nie chcę w najmniejszym stopniu porównywać się do górnika z prawdziwego zdarzenia, ale w rubryce "trening" tego dnia wpisałam sobie: "szychta". 



Trasa turystyczna była idealnym przedsmakiem. Tak, jakbyśmy zobaczyli jagodziankę na wystawie w cukierni, zanim tydzień później zatopiliśmy w niej zęby. Tyle, że nie było tak błogo. O, nie, musieliśmy dźwigać ze sobą jakieś badziewie ważące po kilka kilo, na nowo nauczyć się chodzić w kaloszach, nie widzianych od czasów dzieciństwa - i to na własne, wcale nie takie tanie, życzenie.




Do tego dochodzi: zapylenie nosa, oczu i gardła. Na szczęście w pakiecie dostajemy maski, gogle i butelkę wody mineralnej. Ale i tak łazimy po omacku, rzężąc i charcząc. 



Czy mamy po tej wycieczce pojęcie o szychcie? Nie sądzę. To, wnioskując po tym niewielkim wycinku, jakiego posmakowaliśmy, naprawdę nieludzka praca. Ale, nie ujmując górnikom, to można powiedzieć o wielu zawodach... i z rożnych powodów. 



W wycieczce towarzyszy nam wspaniały sztygar-przewodnik. Po raz drugi zresztą w Guido trafiamy na przewodnika z prawdziwego zdarzenia. Takiego, co o pracy w kopalni nie czytał w książkach, tylko wprost z życia. Jego postać nadaje naszej przeprawie przez pokłady węgla szczególnego smaczku. Autentyczności. Tacy przewodnicy są na wagę złota. Nie powiem, że rzadcy, ale niezależnie od tego cenni. 


A po zakończeniu zmiany możemy zregenerować siły przy wspólnym posiłku, na który składa się czerstwy chleb i sucha woda... Heheh, nie no, żarcik. Chleb ze smalcem i ogórem i wyjątkowe piwo GUIDO, którego nie napijecie się nigdzie indziej, tylko tam, 320 metrów pod ziemią. 



A jeśli spodoba wam się klimat, to można tam nawet wyprawić wesele. 
Wesele w kopalni! Niezła impreza. I co, miałabym się ubrać w białą kieckę? Biała suknia i twarz umazana węglem. W sumie przemawia to do mnie :). 



Ale, bo mnie fantazja poniosła, wróćmy do konkretów, które są tutaj
Zdjęć sobie, kurczę, nie pooglądacie, bo robić zdjęcia na szychcie to nie lada sztuka. 
Na tej zmianie: Mad. Kris, Koteksony, Kret, Zava, Domi, Garb.

A gdyby ktoś chciał wierszem, jak ostatnio, to tu

6 komentarzy:

  1. Mocna rzecz - klimaty zbliżone do moich - tyle że tu się węgiel fedruje a u mnie hajcuje. Generalnie zapylenie zbliżone - tyle że ja na powierzchni i zawał mi nie grozi - chyba że serca jak znowu zaczną się wariacje na sieci ;-).

    Nielekki ten górniczy chleb, nielekki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hajcujesz węgiel...? No, nieźle :) Zawałów nie życzę, tym bardziej serca. Ale już rozumiem niektóre industrialne fascynacje :).

      Usuń
    2. Elektrownie konwencjonalne opalane są węglem, ściślej miałem, potem przerabianym na pył, ten pył wdmuchuje się do kotła i tam następuje spalanie. W sumie fajny proces, ale ja tego nie robię. Wygniatam fotel na sterowni, patrzę na kilka ekranów komputerowych, tudzież setkę wskaźników, mam pod ręką kolejną setkę przełaczników i z tej pary co ją na kotłowni uzyskali produkuję prąd. Praca jest zero-jedynkowa, albo nudy albo awaria i ... zawał na całej sieci ;-)

      Usuń
  2. Raz byłem na poziomie 850 m w czynnej kopalni. Wierzcie mi, niewielu by się zdecydowało na taka pracę. Trasa turystyczna daje przedsmak, ale jest w miarę bezpieczna. Tam, gdzie byłem autentycznie czułem zagrożenie. Chwała górnikom, którzy codziennie w takich warunkach pracują.
    Fajny reportaż, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wierzymy ci z całego serca. Oczywiście, trasa turystyczna jest bezpieczna, bo musi taka być, ale i tak daje niezłe pojęcie o tym, jak cienka linia oddziela życie od śmierci, tym bardziej tyle metrów pod ziemią i w tak niestabilnych warunkach...

      Usuń
  3. Ciężki kawałek chleba...
    Naprawdę podziw dla górników, a Wam dziękuję za ciekawą wycieczkę.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...