Drakuliada. Odcinek 1.

Wiem, że relacja z Rumunii już była.
Ale wspólnie stworzyliśmy nową. Lepszą.
Jeśli jesteście tylko ciekawi, zapraszam na bogatą retrospekcję.
Nie bójcie się, od następnego odcinka będą ciekawsze zdjęcia :)

DRAKULIADA
Powieść w odcinkach
by Mad, Mikola, Krisk8, ThT.

Odcinek 1.

A zaczęło się niewinnie. Mieliśmy jechać na urlop do Budapesztu. Z pewnym biurem podróży na Rrr.
Pewnego wieczora jednak Mad, sącząc winko, siedziało przy laptopie, przeglądało inne wycieczki w zaplanowanym terminie urlopu, i nagle zajarało się jak sucha trawa na pastwisku.
Rumunia.
Rumunia? A co tam właściwie jest? Odczarujemy stereotypy?
Rzut okiem na Street View. Ulice Bukaresztu fascynują.
– Ej, Kris… A może by tak do Rumuniii?
Kris okazał się tak samo łatwopalny. Wykonano szybki telefon do Koteksonów, którzy pojawili się niezwłocznie i jeszcze przed nocą wycieczka została zamówiona.
Noroc!


Następne miesiące Mad spędziło na rozmyślaniach typu „Co ja najlepszego zrobiłam? Rumunia? Przecież tam nie ma dróg, będziemy telepać się autokarem po wertepach, a noclegi w kwaterach opisanych jako skromne pokoje dwuosobowe da się przetrwać tylko pijąc do nieprzytomności i zagryzając grzybem ze ścian. Agnieszka mnie znienawidzi i tyle będzie naszych wspólnych wakacji”.
A Agnieszka cieszyła się i zastanawiała nad magią tego wieczoru. Co się stało, że dała się namówić na wycieczkę, która wydawać by się mogło nie będzie spełnieniem marzeń. No bo gdzie te palmy, złote piaski i budki z hamburgerami? A tu jakaś Rumunia. Rumunia? A dlaczego nie? Właśnie na przekór wszystkim wczasowiczom, stereotypom, Rumunom, złym drogom, lejom i nie lejom. Poznajmy Drakulę! Nawet bez Morza Czarnego. Jak: bez morza? Bez morza? A jednak.

W końcu nadszedł dzień prawdy: 07.09.2013. Wsiedliśmy w autokar na dworcu Łódź Kaliska, który powiózł nas na miejsce przesiadki – znaczy, autokar nas powiózł, nie dworzec. W tym pierwszym, krótkim i przejściowym etapie podróży towarzyszyła nam młoda, energiczna pilotka – zbyt energiczna jak dla mnie, na szczęście okazało się, że to nie ona jedzie z nami. Oj tak! Poustawiałaby nas pod ścianą :).
Pilotka dla pewności odczytała nazwy wycieczek i nazwiska uczestników każdej z nich, a także numery autokarów, na które mieliśmy się przesiąść. Nasz autokar docelowy miał numer 9. Lucky number nouă!



Po drodze zajechaliśmy jeszcze na parking koło Częstochowy. Jest tam McDonald’s, jakiś hipermarket i stacja, a w każdym z tych obiektów można znaleźć kilka, jak to określała pani pilot, „oczek toaletowych”. Poszliśmy więc puścić oczko w Macu, a przy okazji posililiśmy się przed dalszą podróżą. Nie ma to jak frytki z makusia, hehe :).
 Na właściwe autokary przesiedliśmy się na parkingu z zajazdem w Woszczycach-Orzeszu. O żesz, no i się zaczęło.



Zaczęło się od spożycia, naturalnie. Ale dzięki temu niepewność przekształciła się niepostrzeżenie w kiełkującą euforię. Jeszcze parę telefonów do znajomych na do widzenia i szybka wspólna fotka przed autokarem.
Dobra, w końcu odjazd.



Jedziemy piętrową Setrą. I mamy miejsca w drugim i trzecim rzędzie z przodu, rzecz jasna na piętrze! Cholerka, to będzie dobre. Ale czad! Piętrowy!
Pilotka wygląda na luźną dziewczynę. Podoba nam się od pierwszego wejrzenia, i tym razem intuicja nas nie zawodzi.
– Czy mamy barek na pokładzie? – domaga się podstawowych informacji Kris, gdy tylko Marta pojawia się w pobliżu.
– A macie państwo? – odpowiada przekornie Marta.
– No właśnie nam się skończył.
– Już? A do Rumunii jeszcze kawałek drogi…
Okazuje się, że barek oczywiście jest, toalety też, więc możemy już spokojnie kontynuować podróż. Jeszcze tylko przystanek na granicy polsko-czeskiej, szybkie siusiu i już na starcie byliśmy ostatni z powrotu z oczka  i la revedere, Polonia, do zobaczenia za 7 dni.



Marta opowiada nam troszkę o Rumunii. Uświadamia nas, że na granicy węgiersko-rumuńskiej musimy przestawić zegarki godzinę do przodu (o tym akurat wiedzieliśmy już wcześniej) i martwi się, że nie ma kontaktu z „górą”. Opracowujemy więc na szybko system komunikacji, tupiąc i pukając w podłogę. Zagląda do nas, kiedy tylko może, i na samym wstępie stwierdza:
– O, nie! Zawsze to ja miałam najlepsze miejsce w autokarze!
No i już ją kochamy.
Czechy mijają szybko. Potem kręte drogi Słowacji – bo jedziemy wcale nie autostradą, tylko serpentynami wśród lasów. Szkoda, że jest ciemno, bo trasa wydaje się ciekawa. Na Słowacji mamy postój, niestety “oczek toaletowych” jest tam tyle, co kot nasr... napłakał, więc czas spędzamy w kilometrowej kolejce. Następnie już tylko Węgry (gdzie Marta zachęca nas, by z daleka rzucić okiem na pięknie oświetlony nocą Budapeszt) i w końcu jest ci ona – Romania. Ciemno jeszcze. Uchylam oczy i podglądam półprzytomnie. Czy jest tu inaczej, niż u nas? Tak! Widzę drzewa pobielone do połowy i niską zabudowę. Pierwsze wrażenia już mam, idę dalej spać, a właściwie nigdzie nie idę, bo siedzimy wciąż w autokarze – po prostu zasypiam.

c.d.n.

4 komentarze:

  1. Piękny początek, potem będzie tylko lepiej. Mnie Rumunia bardzo przypadła do gustu i na pewno jeszcze tam wrócę.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Moje najstarsze i najmłodsze dziecko w 2017 r również zachwycone Rumunią .Byłaś tak blisko mojej wsi, w Woszczycach.Nawet nie przypuszczałam, że gdybym zdecydowała się na autokarową wycieczkę , miałabym rzut beretem do startu.Czytam cd :)

    OdpowiedzUsuń